sobota, 3 czerwca 2017

O Antosiu, który bywał skrzatem.

                                            O ANTOSIU, KTÓRY BYWAŁ SKRZATEM
                                                 
                                                                          część trzecia

Frunie mała biedroneczka z krasnali załogą,
chce skrzydłami mocniej machać..., skrzaty zlecieć mogą.

Chyba trochę przesadziłam z miejscami na grzbiecie
aż piętnastu krasnoludków umieściłam, przecie...

No bo..., jak odmówić mogłam, kiedy wszystkie skrzaty
tak ochoczo chciały lecieć, do Antosia chaty.

Co tu robić? - owad myśli, wkoło się rozgląda
- muszę gdzieś na chwilkę usiąść - na łopian spogląda.

Piękny, wielki, rozłożysty, soczyście zielony
rośnie łopian i zaprasza gości w swe korony.

Ach łopuchu, ty spryciarzu wiem, że twoje dziady
mogą wszystkich pokaleczyć..., kwiat nie od parady.

Lecz na liściu twoim chętnie przysiądę mój rzepie
i odetchnę ociupinkę, troszkę się... doczepię...

... do leczniczych twoich ramion, które wiem że mogą
tępy ból z głowy wypędzić - teraz mi pomogą.

Bo natenczas moja głowa trochę rozpalona
z lęku, że mi skrzaty spadną na twoją koronę..

Siada szybko nasza krówka na liściu łopucha,
a krasnalki w tym momencie wrzeszczą jej do ucha...

... Biedroneczko!!! - nie przysiadaj, nie rób przerwy w locie!
Jeszcze chwilka i usiądziesz na Tośkowym płocie.

Siedmiokropka spuszcza główkę - wstyd jej się zrobiło,
że zawiodła swych przyjaciół..., coś się nie spełniło...

No... i kto z odsieczą bieży do smutnej biedronki,
oczywiście wychowawca - zaborczej ochronki.

Podnieś główkę moja miła, nie gniewaj się - proszę,
na te skrzaty rozbestwione, ja co dzień je znoszę...

Powiedz teraz, już spokojnie - w czym twoje strapienie?
- a ja już dołożę starań, przepędzę zmartwienie.

Cóż! - biedronka główkę chyli, tuli się do rzepa...
troszeczkę nie pomyślałam..., przerwy mi potrzeba...

Nie wiem, czy podołam wszystkich zawieźć was do chaty?
- bo już z sił opadłam całkiem, na skrzydłach ochwaty...

...od ciężaru się zrobiły i ból głowy wielki
mi doskwiera profesorze, patrz ... potu kropelki.

Ależ to nie twoja wina cielaczku słoneczny!
- to ja dziś nie pomyślałem, jestem niedorzeczny...

Bo w tym całym ambarasie, co zdarzył się w szkole
ważne były te mikrusy i..., Antoś pacholę...

O tobie zaś biedroneczko, coś... nie pomyślałem
i na plecy, całą zgraję skrzatów ci wtaskałem.

Pomiń proszę głupowatość i ograniczenie,
starej głowie krasnoluda daj już wybaczenie.

Siądźmy chwilkę, cichuteńko i pomyślmy wspólnie.
Póki co, na liściu rzepa jest całkiem przytulnie.

Myślał chwilę nasz dobrodziej i rzecze stanowczo:
 na początek mnie z Antosiem zawieź pod domostwo.

Potem resztę krasnoludków dowieziesz do chaty,
na trzy albo cztery tury podziel małe chwaty.

Jak powiedział tak się stało, biedronka szczęśliwa
niesie ludka i Antosia gdzie jego siedziba.

Dolecieli tak szybciutko, że chłopcy zamarli
gdy nasz owad usiadł sprytnie, przy schodach na darni.

Obaj szybko zeskoczyli z czerwonego grzbietu,
po cichutku się skradają..., - czuć zapach omletu...

Och, mamusia smaży omlet z konfiturą z malin,
pewnie już mnie wyczekuje - Antoś nasz się chwali.

Wejdźmy cicho na parapet - po łodydze malwy
i przez okno zobaczymy, co się może zdarzyć?

Tosiek sprytnie przeskakuje po listeczkach ślaza,
stary krasnal dyszy, wzdycha - zgrywa drzewołaza.

Jakoś wreszcie, cudem wielkim stanęli na oknie
zaglądają już do kuchni, Antoś cicho chrząknie...

Coś..., jakby mu zaschło w gardle - to pewnie z emocji,
ach! - napiłbym się kompotu..., czuję zapach słodki.

Mama krząta się po kuchni, nic nie podejrzewa
smaży omlet, miesza zupę, coś do niej dolewa.

Pewnie zaraz poda obiad - szepce cicho Tosiek,
coś przedsięwziąć więc musimy - mój mądry pilocie.

Myślę chłopcze, że musimy porozmawiać z mamą.
Ażeby jej nie wystraszyć, musisz stać się sobą.

Wypij zatem nektar z róży, spróbuj jej powiedzieć
co widziałeś i gdzie byłeś..., reszta chłopców jedzie...

Kiedy mama twoja będzie poznać nas gotowa,
po kolei nas przedstawisz i spokojna głowa.

Wszystko proste się wydaje, lecz Tosiek nie wierzy
że tak łatwo wszystko pójdzie - chyba sprzeniewierzy...

Nie ma jednak już wyboru - pije nektar słodki
i z okienka jednym susem skacze w dół, na schodki.

Drzwi otwiera... - cześć mamusiu...! - co dzisiaj na obiad?
chociaż chce się opanować, cały już spąsowiał.

Ooo...! Jak dobrze, że już jesteś! Nie muszę cię szukać!
Umyj ręce, wołaj tatę na siostrę zahukaj...

Antoś ręce grzecznie myje..., jak ja jej to powiem...???
Przecież muszę jakoś zacząć - za chwilkę się dowiem...

Umył ręce, przetarł oczy, po izdebce krąży
- Mamo...! - no co moje szczęście...? - zaczął temat drążyć...

... No bo wiesz, jak by powiedzieć.... - wiedz, że dziś nie kłamię!!!
Byłem w wiosce krasnoludków!!! - chyba się załamię...

Oddech Antoś wziął głęboki no..., - już po kłopocie.
Powiedziałem wreszcie prawdę o leśnej przygodzie.

Mama Tośka przytuliła - dzieciątko kochane...
ale ty masz wyobraźnię, bajkami usłaną.

Mamo...! Proszę...! - prawdę mówię, zechciej mi uwierzyć,
że od rana przebywałem wśród leśnej młodzieży!

Ależ tak mój chłopcze miły - mama się uśmiecha,
na co w drzwiach przystanął tata i rozmowy słucha.

No, bo widzisz mój kochany, Antoś mi powiedział:
że dzisiejszy dzień od rana z krasnalkami siedział.

Antek! - tata groźnie mruknął - weź ty się do nauki
i na darmo nie uciekaj, w jakieś głupie bajki.

Tato, toć ja prawdę mówię..., uwierzcie mi proszę!
Jak wam o tym dziś opowiem, niewiarę wypłoszę!

Tacie uśmiech siadł na ustach, mama tez się śmieje...
- zobacz ojciec jak syn dorósł, wśród przyjaciół z kniei...

Antosiowi łzy rozpaczy w oczach się zaszkliły,
nie..., oni mi nie uwierzą - nie ma ludzkiej siły.

Dobrze więc rodzice mili, skoro nie wierzycie
moim słowom, zatem wierzcie w to co zobaczycie.

Pozwól mamo, podejdź tato - ku okienku bieży...,
gdzie załoga już w komplecie, okrutnie się trwoży.

Mama patrzy na rodzica, ten nie wie co robić...
- chodźcie proszę! - Antoś woła, chciałbym was przedstawić.

Tato, chcąc już mieć za sobą wymysły dzieciaka
idzie szybko do okienka, ukarać bystrzaka.

Mama trochę niespokojna, za ojcem się skrada...
... dziecko całkiem mi zgłupiało..., jakaż na to rada...

Antek - odważnie jak nigdy, prostuje się śmiało
i przedstawia swych przyjaciół, raźnie i wesoło.

Pozwól mamo, że rozpocznę moją prezentację
od naszego opiekuna..., co zawsze ma rację!

To jest pan profesor, który wiedzą nas oświeca
i pomaga gdy kłopoty, życie nam zaśmiecą.

Tato widzi, że na oknie coś przecie się rusza...
powolutku się nachyla..., nieśmiało się wzrusza...

Mama też nieśmiało idzie, powoli się schyla...
- o mój Boże! - toż to czary! - z lęku się przechyla...

Tatuś łapie ją w połowie lekkiego omdlenia,
co..., to..., to...., to... jest Antosiu, nie do pomyślenia...!

To są moi przyjaciele - nie bójcie się proszę!
Nieraz przecież mówiliście, o skrzatach na świecie.

Tak! - ale to bajki były i nikt w nie, nie wierzył
a wychodzi, że zasiądę z bajką do wieczerzy...?

Tu nasz belfer nie wytrzymał - Pani mi wybaczy,
że cokolwiek śmiem powiedzieć w drażliwym temacie!

Bardzo przykre to są słowa, dla bajkowych ludzi
bo wskazują - jak dorosłych zmysły, życie studzi!

Na stanowcze takie słowa, rodzice zgłupieli
- skąd mądrości tyle w skrzacie? - uwierzyć nie chcieli...

Ale jak tu nie uwierzyć, co oczy wciąż widzą
uszy słyszą, serce czuje a mózg analizą.

Tato pierwszy się otrząsnął z dziwnego wrażenia.
Dobrze! - mówi, już spokojnie, wystarczy bajczenia...

Jeśli rzeczywiście nie śnię i wszystko jest prawdą,
witam przeto w moich progach istotę pradawną...

Dobrze rzekłeś miły panie - skrzat stary odpowie,
przed wiekami razem z ludźmi żyliśmy w alkowie.

Wszyscy szczerze nas kochali i każde domostwo
za honoru punkt stawiało, krasnali kumostwo.

Zaś obecność nasza w chacie, wnosiła doń szczęście,
zdrowie i dobrobyt ciągły gościł tutaj częściej.

Dzieci od najpierwszych godzin ziemskiego istnienia
krasnoludki piastowały, już od urodzenia.

Mądrość ich szeroko znana, ludziom na usługi
była dana, w ich codziennym życiu - całkiem długim.

Teraz, kiedy świat daleko odszedł od mądrości,
my chochliki się chowamy przed człowieka złością...

Dzisiaj duszki zastąpiły przemyślne roboty,
mechanizmy niedościgłe ziemiańskiej pustoty.

Ale rody skrzatów żyją i mają się dobrze,
odnajdują tych nielicznych, ofiarując szczodrze...

...swoją wiedzę, często pomoc w życiowych kłopotach.
Czasem ludzie wyśmiewają gnomy w anegdotach.

Antoś własnie, jest wśród grona niewielu osóbek,
którym skrzaty pozwoliły, wejść na swój ogródek.

Chłopiec z niego jest wrażliwy i odważny bardzo,
kocha życie i przyrodę, prawdą nie pogardza.

Wybaczcie więc mili ojce małe przekłamanie,
ze wasz Antoś nic nie mówił o skrzatów spotkaniu.

Zresztą, sami dziś widzicie po naszym ujrzeniu,
jakie chłopiec miałby szanse..., w bajki uwierzeniu...?

Tutaj krasnal głowę zwiesił, mocno się zamyślił
czeka na rodziców zdanie..., - wiatr liśćmi szeleści...

Mama patrzy tacie w oczy, łzy w nich wielkie stoją.
Tata wzrokiem w bok ucieka, panuje nastrojom.

Tors wyprężył, nie da poznać co w duszy się dzieje,
kładzie wielką dłoń na oknie i szczerze się śmieje...

A więc - wchodźcie moi mili, na rękę przyjazną
i przyjmijcie tu gościnę i ufność uważną.

Wszystkich, którzy tu przybyli z biedroneczką włącznie
zapraszamy na posiłek, każdy z was niech spocznie.

Stary krasnal otarł łezkę, na dłoń wchodzi śmiało
za nim chłopcy jak mróweczki idą paczką całą.

Tatuś bardzo pomalutku stawia ich na stole,
Antoś łzami się zalewa - poczciwe pacholę...

Tuli mocno się do mamy, papciowi dziękuje
siada wspólnie do obiadu, szczęście delektuje...

Mama zupę już podała, skrzaty wspólnie siedzą
- wokół łyżki, z której wespół, smaczny obiad jedzą.

Obiad trochę się przedłużył, było sporo śmiechu
opowieści o przygodach na jednym oddechu.

Mama z tatą uśmiechnięci, słuchali uważnie
i na wszystkich spoglądali dumnie i poważnie.

Antoś cieszył się ogromnie ze swojego szczęścia,
płakał, skakał i rozrabiał do druhów odejścia.

Bo takowy czas miał nadejść, bo wszystko się kończy...
ale dzisiaj już był pewien - nic ich nie rozłączy.

Tak więc dziatki moje miłe, uwierzcie w krasnale,
bajki, baśnie i przygody nie zbywajcie wcale.

Teraz prędko do łóżeczek wskakujemy wspólnie
i będziemy śnić z Antosiem o leśnej ferajnie.

A gdy rano otworzymy wyspane oczęta,
słonko ciepłe nas powita i rosa w diamentach.

Szybko wtedy pobiegnijcie na zieloną trawę,
bose stópki niech spijają z świeżej rosy strawę.

Potem mamę poprosicie, a może... tatusia?
żeby z wami poszukali kolegów Antosia.
































































piątek, 2 czerwca 2017

O Antosiu, który bywał skrzatem.

                                      O ANTOSIU KTÓRY BYWAŁ SKRZATEM

                                                              część druga

Antek grzecznie w domu siedział, przez tydzień calutki.
O krasnalkach nic nie wiedział - problem miał malutki.

Tęsknił bardzo za skrzatami śniąc po nocach całych,
jak fruwają pod chmurkami na biedronkach małych.

Dni już kilka upłynęło od owej przygody,
a Tośkowi brakowało chęci do rozmowy...

... z mamą, której sam obiecał wszystko opowiedzieć
i choć mowy długie sklecał, wolał cicho siedzieć.

Chciał już nieraz swojej mamie którą kochał szczerze,
swą przygodę opowiedzieć, - jakoś..., bał się zwierzeń.

Zawsze coś go wstrzymywało przed trudną spowiedzią,
... może właśnie tak być miało? - tego nikt nie wiedział.

Chyba jeszcze... czas nie nadszedł na takie zwierzenia,
kochał mamę będę zawsze - mam czas do myślenia.

Muszę teraz pogłówkować nad nowym kłopotem,
jak mam czmychnąć do krasnali - za sąsiada płotem?

Myślał Antoś dzionek cały, myślał nocy kilka
i wymyślił, że w niedzielę wpadnie w stóg jak szpilka.

Rano grzecznie niebywale trzpiot się zachowywał,
potem uśmiech..., czmych zuchwale, już w lesie przebywał.

Myśli sobie Tosiek sprytnie - spojrzę choć z daleka...
zanim czas skradziony minie na ludki pozerkam.

Biegnie prędko za stodołę (nam już wcześniej znaną)
szuka wioski krasnoludków...? - pole zaorano...

Rozpacz, lęk i złość bezsilna targnęły Antosiem.
Gdzie jest wioska...? - kto ją zburzył...?, może wiejskie prosię...?

Chyba chłopiec w tym pośpiechu troszeczkę przesadził,
buziak znowu jest z uśmiechem..., słup go doprowadził.

Ach!!! - to przecież tu pamiętam..., radośnie podskoczy,
słup z betonu tkwi w segmentach i w całość je łączy.

Antek pobiegł co sił w nogach, schylił się przesadnie
są! znalazłem...! - o laboga...? ... pusto w wiosce na dnie...???

Patrzy chłopiec przerażony - gdzie moje kompany?
domki świeżo wybielone..., znaczy zamieszkane...?

Może w szkole cichuteńko siedzą biedne skrzaty?
- a profesor im sprzedaje wiedzy grube płaty.

Gdzie ta szkoła? - myśli dziecię..., tak! - ten duży domek!
Zatopiony w mchu zielonym a dach ma ze słomek.

Przytknął Antoś wielkie oko do okienka w szkole,
rzeczywiście, wszyscy siedzą..., spokój, cisza w siole...

Zasłuchani, zapatrzeni w postać profesora...
- jak wyciągnąć moich ludków...? - wymyśla potwora.

Może lekko stuknę w okno, albo chrząknę troszkę
lub..., leciutko drzwi uchylę - tak ich nie wypłoszę.

Jak pomyślał tak też zrobił - chrząknął cichuteńko...
wtem krasnalki wrzask podniosły: cóż to jest? - tateńko...!

Chyba jakiś zwierz ogromny wioskę atakuje!
Może kot...?,  lub szarak polny po chatach buszuje...?

Albo może..., słoń z Afryki zabłądził niechcący?
- Profesorze! - tatku miły, ratuj nas ginących...!

Cicho skrzaty! -belfer krzyknął! Co z wami się dzieje?
Środek dnia jest w środku Polski..., młodzież mi durnieje...

Zaraz sprawdzę te odgłosy, wyjrzyjmy przed szkołę.
O laboga..., czyjeś włosy..., to nasze pacholę!

To nasz Antoś ukochany wrócił do nas wreszcie,
od radości dudnią ściany, huk..., jak w wielkim mieście.

Wszyscy biegną do kamrata, przewrócili ławki
stratowali chyba skrzata, ups..., to mentor z bajki...

Radość, szczęście, szał pospołem ogarnęły dziatwę
tańczą w kręgu już wesołym. Zadanie niełatwe...

...ma pedagog nasz kochany po..., wstaniu z podłogi.
Uniformek ufajdany i skopane nogi.

Dobrze ! - myśli wychowawca. Ja wam tu pokażę!
Będę dzisiaj wasz oprawca...? - chyba się odważę...?

Wyszedł więc dydaktyk wściekły z opuszczonej szkoły,
wyraz twarzy ma zaciekły, w oczach... błysk wesoły?

A przed szkołą stoi Antoś, nie wie co ma zrobić?
Wokół niego tańczą skrzaty, nie chciałby ich skrzywdzić.

Stoi więc spokojnie bardzo, nogą nie poruszy
a u stóp mu tańczy chmara, ludków z leśnej głuszy.

Kiedy ujrzał profesora, prawie się ucieszył
wie, że skrzatów cała sfora w sukurs mu pospieszy.

Cisza! - krzyknął wykładowca. Co tutaj się dzieje?
Wrzaski, krzyki..., każde zwierzę wypłoszycie z kniei!

Wszystko mógłbym pomiarkować, pojąć sens radości.
Wy musicie skalkulować, swój sposób miłości!

Wiem, że radość niepojęta serca wam wypełnia
że już dzisiaj dla was święto, wasze sny się spełnią.

Czasem jednak moi mili warto trochę myśleć,
bo na wszystko w każdej chwili, rada jest w pomyśle.

Konsekwencją waszych szaleństw - jest zniszczona klasa,
potłuczone moje nogi i panika w lasach.

Krasnoludkom wstyd ogromny, mowę im odjęło.
Szczęścia troszkę ze spotkania - chyba się wymknęło...

Widzi Antoś zamieszanie, swojej winy trochę
- wybacz psorze to brykanie..., niech już mamy krechę...

Zaraz szkołę posprzątamy, tobie zaś z ukłonem
przeprosiny swe składamy - bądź naszym patronem.

Edukator połechtany Antosia przemową
brodę targa, szczypią oczy, ma problem z wymową.

Idzie wreszcie do komórki obok szkolnej klasy,
tam schowany płyn tajemny na takowe czasy.

Płyn w naparstek już się leje, skrzaty cicho siedzą.
Antoś wypił..., znów się dzieje, lecz teraz już wiedzą...

...jaką moc ma trunek z malin i czym się objawia.
Tosiek nagle zniknął z oczu, ooo...! - spodnie poprawia...

Siedzi już wśród swoich ludków nad wyraz szczęśliwy
i rozprawia, opowiada - choć głos ma łamliwy...

Cały czas w podświadomości coś mu dziurę wierci
- twoja mama już cię szuka...! - bojaźnie się kręci.

Ta świadomość nie pozwala myśleć mu spokojnie
w końcu mówi: posłuchajcie..., ciąży mi kłamanie!

Moja mama nadal nie wie o leśnej młodzieży
i o tobie profesorze..., chyba nie uwierzy?

Nie wiem jak jej to powiedzieć, czym przekonać mogę
mamę o tym, że komora ma swoją załogę.

Nauczyciel pilnie słucha co mówi Antosiek,
usiadł cicho na kamieniu, oparł się o sąsiek.

Głowę siwą podparł ręką, wzrok gdzieś się rozpłynął.
Pan profesor zaczął myśleć - z tego zresztą słynął.

Myślał chwilę, potem drugą, potem jeszcze jedną
i jak młodzik - hop!- podskoczył, mam koncepcję pewną.

A mój projekt tak wygląda kochanieńkie skrzaty,
wszyscy tutaj jak stoimy, pójdziemy do chaty...

...tegoż Tośka niesfornego, do jego rodziców
i powiemy całą prawdę! Trzeba mi kibiców!

Wszystkich naraz wmurowało w zielone podłoże,
rozdziawili wszystkie buźki, jakże to być może...?

Antoś tez z niedowierzaniem patrzy błędnym okiem,
taki pomysł, niewątpliwie jest jak w przepaść - skokiem.

Nie..., nie przejdzie z moją mamą, pana rozwiązanie.
To już lepiej tak jak było, nadal niech zostanie.

Drogi Tośku, wiec posłuchaj mojej dobrej rady:
starsi głowę noszą - myśląc, a nie od parady.

Myśl jest przednia, w to uwierzcie - co za nią przemawia
to, że prawda w każdym wieku relacje uzdrawia.

Ale jak tego dokonać? - mistrzu nasz kochany?
- pyta mały krasnal Wojtuś, trochę zagubiony.

Bardzo prosto, zaraz wezwę biedronkę wesołą
ona zna już okolice, za naszą stodołą...

...i do chaty Tośka chętnie, wszystkich nas zawiezie
a wieczorem już będziemy po całej imprezie.

Jak powiedział, tak się stało, gwizdek głośno świszczy
i biedronka cicho siada pośród leśnych gąszczy.

Witam was! - kochane skrzaty, czuję już z daleka
- tajemnicza jakaś podróż dzisiaj na nas czeka.

Tak biedronko, wielką prośbę dziś do ciebie mamy.
Bardzo chcemy poznać wreszcie Antosiową mamę.

To wspaniała jest wiadomość - biedronka podfrunie,
chętnie poznam twoją wioskę, mój malutki kumie.

Antoś, mimo tych radości lekko wystraszony...
chętnie was zapraszam w gości..., bój - nieunikniony!

Biedroneczka rozpostarła skrzydełka szeroko,
nauczyciel krzyczy: siadać! - fruniemy wysoko!

Jeden, drugi, trzeci krasnal gramolą się sami
a nasz owad im pomaga, krasnymi skrzydłami.

Kiedy wszyscy już usiedli na biedronki grzbiecie,
zapomnieli o kłopotach..., - witaj piękny świecie!

Biedroneczka się uniosła nad wysokie trawy,
wszyscy śmieją się wesoło, nadszedł czas zabawy.

Pofrunęli ponad krzewy, nad wysokie drzewa.
Skręć na prawo - woła Antoś, tak nam lecieć trzeba.

Samolocik w czarne kropki zmienił kurs na prawo,
wszyscy w rączki zaklaskali: brawo! - pięknie! - brawo!

W dole pola, łany zboża, stoją stogi siana
widać już zagrodę Tośka, w niej mama kochana.

Choć Antosia strach ogarnia, spotkania się boi
to gdzieś w sercu radość wielka, uśmiech już swawoli.

A co dalej miłe skrzaty w zagrodzie się działo?
Już w kolejnej części - proszę, czytajcie wesoło.

Czy krasnale doleciały? Czy spotkały mamę?
i jak Tośka problem wielki rozwiązały same.

cdn...



















,







czwartek, 1 czerwca 2017

O Antosiu, który bywał skrzatem.

A teraz prezent dla najwspanialszych mieszkańców naszej ziemi, dla naszych kochanych milusińskich.
Bajkę o Antosiu przygotowywałam dość długo, ale wreszcie jest skończona i mogę ją zadedykować dzieciom.
Starałam się przybliżyć naszym pociechom, uroki polskiej przyrody, troszeczkę zapomnianego już polskiego słownictwa i zachęcić ich do szanowania otoczenia, oraz do jak najczęstszego obcowania z naturą.
Wiem, że będzie ciężko przekonać dzieci do słuchania bajki o krasnoludkach, kiedy na półce leżą wspaniałe kasety, a w komputerze czeka milion ciekawych i rozwojowych???  - gier.
 Ale spróbujcie, może się uda. A może nawet się spodoba?

                                         O ANTOSIU, KTÓRY BYWAŁ SKRZATEM.

                                                                  część pierwsza
                                                       
Ptaszki moje - świergolaszki, śpiewajcie wesoło
bo słoneczko dziś raniuchno, zaświeciło wkoło.

Zaświeciło, rozświetliło, świat cały szczęśliwy
wszystkie dzieci raźno wstały -  cud jakiś prawdziwy.

Antoś, co czas zawsze miewał, zamiast biec do szkoły
idąc laskiem głośno śpiewał płosząc muchy, pszczoły.

Dróżka ta zaś, przebiegała przez pole sąsiada
a na polu owym stała, szopa jak świat stara.

Dawno temu, stara szopa mieściła zbóż zbiory.
Dzisiaj w starej tej stodole, żyły złe upiory.

Patrzy Antoś, w ciemnym kącie coś rusza się..., błyska...
Cóż to może być kochani? - może mała myszka?

Może myszka, może krecik, któż to wiedzieć może?
Co tak błyska i rozświetla, ciemny kąt w komorze.

Dzielny Antoś szybko biegnie nie myśląc o szkole
i już stoi obok światła, przy starej stodole.

Patrzy chwilę na te cuda - co tutaj się dzieje?
Nie zagraża mu już nuda, choć nogi się chwieją.

Myśli sobie urwis młody: śnię chyba na jawie?
Dziś do szkoły już nie pójdę, zresztą południe prawie.

Co tam szkoła, co tam wszystko; Antoś już się schylił
znów przeciera swoje oczka: czyżbym się pomylił?

W ciemnym kącie pod stodołą, gdzie nikt nie mógł dojrzeć
stoi wioska murowana, wystarczy w głąb spojrzeć.


Piękne domki, zbudowane z przeróżnych szpargałów.
Ozdobione, kolorowe, wśród mchów i regałów.

Domków stoi z trzy tuziny -  to niemało wcale.
Ogradzają je sąsieki i drewniane bale.

Ziemia wokół od starości, mchami porośnięta
tworzy obraz wesołości i wiecznego święta.

Między tymi domeczkami, coś biega i szusa.
Zapełniona krasnalkami, wioska aż się rusza.

Skrzaty bardzo kolorowe, na głowach czapeczki
i buciki mikronowe, w rękach walizeczki.

Wszyscy biegną w jedno miejsce, to największy domek
który stoi w środku wioski, a dach ma ze słomek.

Biegnąc tańczą i śpiewają wesołe człowieczki,
co niektórzy w rekach niosą, maluteńkie świeczki.

Te światełka dzisiaj właśnie, Antosia zwabiły
pod komórkę tą, gdzie baśnie w jawę się zmieniły.

Kiedy wszyscy już podbiegli, pod wiadomy domek
wyszedł z niego stary krasnal i rzekł nudnym tonem.


Witam wszystkich moich uczniów, na szkolnej odprawie
zanim lekcje rozpoczniemy, poćwiczymy w trawie.

Trawą, był ów mech zielony; wcześniej już wspomniany
rozłożysty i pachnący, przez uczniów lubiany.

A, że jasność od słoneczka wszędzie już zajrzała,
świeczki swoje  pogasili, dzień już był bez mała.

Antoś patrzy, wierzyć nie chce, znów przeciera oczy...
Jak to wszystko jest możliwe, od wioski odskoczy!

Chociaż chłopcu się wydaje, że skradał się cicho...
już krasnale go ujrzały! A to - co za licho!?

Wszystkie skrzaty, zamiast ćwiczyć schowały się w szkole.
Pan profesor podszedł bliżej; witam cię - pacholę...

Chociaż Antoś pacholęciem, nigdy nie był cichym
teraz mowę mu odjęło, urwisem jest lichym...

A ty, kim mój mały chłopcze jesteś? - powiedz szczerze?
Tak zapytał stary krasnal, Tośka w dobrej wierze.

... Ja..., ja... jestem Antoś mały i mam siedem latek,
teraz będę biec do szkoły -  znów kręci gagatek.

Przerażenie już Antosia ogarnia niemałe,
mógłby skoczyć w bok, na drogę dwa kroczki niecałe.

Lecz tajemna jakaś siła, trzyma go w tym miejscu
i zaczyna być mu miła, obecność skrzatełków.

Widząc chłopca, nauczyciel też bardzo się strwożył
lecz odwaga zwyciężyła, bohater w nim odżył.

Do Antosia bez wahania, stary krasnal bieży;
chodź Antosiu na śniadanie, do naszej młodzieży.

Zanim lekcje rozpoczniemy - usiądź tu kochanie!
Wszyscy razem dzisiaj zjemy, przepyszne śniadanie.

Skoro już Antosiu miły, nie idziesz do szkoły
wcinaj i nabieraj siły, jak skrzat spod stodoły.

Chłopiec kręci się wokoło..., jakby to powiedzieć...?
Krasnal śmieje się wesoło - nie wiesz, jak masz siedzieć?

Jesteś trochę, rzeczywiście... - jak gdyby za duży!
Zatem wypij bardzo proszę, tajny napar z róży!

Tosiek nieźle wystraszony, nie wie co ma robić?
W małą szklankę zapatrzony - czy mogę to wypić...?

Co za napój? - ten profesor daje mi do ręki?
Może kiedy go wypiję, wezmą mnie na męki???

Stary krasnal, mądry wielce - widzi to wahanie...
pij Antosiu, pij na zdrowie - nic ci się nie stanie.

A..., co mi tam - myśli chłopiec, wszystko mi już jedno.
Gdybym chciał to mógłbym uciec, chcę tu być..., na pewno!

Wziął szklaneczkę jak naparstek, z czerwonym napojem
wypił napar jednym haustem z stoickim spokojem.

Wszystkie oczy krasnoludków w Antosia wpatrzone,
myśli chłopiec - czyżby cudów, miał być dziś powodem?

Cisza wokół, wiatr tez ucichł..., rany! - co się dzieje!!!
Kto mnie do pudelka wrzucił!? - cały świat się chwieje...

Oj, Antosiu - to nie pudło, lecz twoje obuwie...
bo troszeczkę ci się schudło, jesteśmy na trawie...

Dziecię miłe wierzyć nie chce - to rzecz niepodobna!!!
Rzeczywiście! - moje kierpce, a to mi przygoda!

Antoś męczy się i sapie, wyjść z buta nie może
Pan profesor z krasnalkami, zaraz mu pomoże.

Już drabinę przystawili do wielkiego kierpca
i za rączki, w tejże chwili - wyciągnęli malca.

Patrzy Antek dookoła, taki sam jak inni
minka robi się wesoła, uśmiech w tejże chwili.

No, mój chłopcze - w tej postaci jesteś nam już bliższy.
Siadaj zatem do śniadania, bo w brzuchach nam piszczy.

Antoś grzecznie usiadł w trawie razem z kolegami
i zajadać zaczął sprawnie, omlet z malinami.

Kiedy wszyscy już pojedli, pan profesor rzecze:
proszę byście tu usiedli, dziś lekcja o świecie...

O wszystkim co nas otacza, o tym co widzicie
i co dalej jest za miedzą, dzisiaj usłyszycie.

Świat krasnali jest malutki, lecz jakże ciekawy
pierwszym punktem będą mszaki oraz leśne trawy.

Antosiowi, który od nas sto razy jest większy
mchy i trawy nie sięgają, przysłowiowej "pięty".

Co dzień po nich raźno biega, nie pojmując wcale
że z swoimi kolegami, depczą nas wytrwale.

Co znajdziemy w tych gęstwinach, nieprzebytych trawach?
Kto tam żyje i z kim mieszka...? To ciekawa sprawa!

Bo dla ludzi zwykła trawa, jest zielonym kocem
a dla skrzatów i zwierzątek, najzwyklejszym domem.

Dosyć na dziś tych morałów, stańcie w parach - proszę!
Podejdziemy trochę dalej - zachowajcie ciszę!

Jeśli chcecie coś zobaczyć, trzeba się poruszać
bardzo cicho, powolutku, milczeć i nie szusać.

Idzie wolno nauczyciel, za nim grupa ludków
odgarniają mchy i trawy, kiść pachnących fiołków.

Nagle, za wysoką trawą czerwona piłeczka
ukraszona w czarne kropy, wolno się przemieszcza.

Antoś krzyczy - rety...! ludzie...! co za dziwy wielkie!
Odkąd piłki mają nogi!? - cud nad cudy wszelkie!

Skrzaty śmiechem się zanoszą - Tośku nasz kochany...!
To nie piłka, lecz biedronka - chrząszczyk tak lubiany...


Jak już wiecie  to biedronka - rzecze belfer stary,
zwana również żukiem szczęścia, według chłopskiej gwary.

Moja babcia tak mawiała, Antoś się odzywa;
że to żuczek Pana Boga, że tak się nazywa.

Tak Antosiu - rzeczywiście, tak też o nie mówią.
Nawet słonecznym cielaczkiem, niektórzy ją zowią.

Może teraz policzycie, ile czarnych kropek,
na płaszczyku swoim nosi słoneczny cielaczek?

Skrzaty wolno, pomalutku, z boczku się skradają.
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem kropek mają.

Siedem kropek ta biedronka nosi na skrzydełkach,
nazywana siedmiokropką, nie tylko tu mieszka.

Można znaleźć ją w domostwach, w doniczkach przy kwiatach
lub na strychu, gdzie zimuje wyczekując lata.

Ludziom bardzo pomagają, zajadając mszyce
które soki wypijają z roślinnych łodyżek.

Mają również swoich wrogów - tak w przyrodzie bywa,
często uciekając ptakom - pada ledwo żywa.

Duże chrząszcze, też czasami ścigają biedronkę
lekko trzepocząc skrzydłami, odfruwa na łąkę.

Wszystkie dzieci zasłuchane, wpatrzone w chrabąszcza...
lecz w ich główkach coś się knuje, znów coś się wyłuszcza...?

Nauczyciel bystre oko, też to zauważył...
Nikt nie wierzy? - do biedronki, podejść się odważył.

Wszyscy patrzą zadziwieni - cóż się teraz stanie?
A profesor bardzo grzecznie, zaczął swe gadanie.

Witam panią! - Biedroneczko! Jak szanowne zdrowie?
Pięknie świeci dziś słoneczko, co nam pani powie?

Witam! - żuczek odpowiada, wszystko dziś w porządku.
Z polnej róży mszyce zjadłam, pełno mam w żołądku.


Gdy żołądek nie jest pusty i słoneczko świeci,
my biedronki też lubimy, śmiać się z wami dzieci.

Wszystkim mowę odebrało. Antek też nie wierzy,
że biedronka przemówiła do szkolnej młodzieży.

Ośmielony nauczyciel niespodzianie rzeknie:
może byśmy pofrunęli? - prosimy cie pięknie.

Och! - zapraszam, owad powie. Jedną mam uwagę!
Dwóch krasnali zabrać mogę, by mieć równowagę.

Jak to miło z twojej strony - opiekun dziękuje,
takie dwa jak my mikrony, to nic nie kosztuje...

Ja, doświadczyć tej przygody muszę, z racji wieku...
który jeszcze z was dzieciaki, zapomniał o mleku?

Tak profesor zawsze mawiał o najdoroślejszych
wtedy, kiedy się obawiał strachu dzieci mniejszych.

Jakoś cicho wyjątkowo, wokół się zrobiło.
Wszyscy główki pozwieszali, coś chętnych nie było...

Tosiek myśli: taka frajda, przejdzie koło nosa!?
O nie! - nie jestem ciamajda! Lećmy pod niebiosa!

Oba skrzaty, w mig wskoczyły pomiędzy kropeczki.
Gniazdko sobie wymościły, w skrzydłach biedroneczki.

Czy panowie już gotowi? - Boża krówka pyta?
Tak biedronko -  leć wysoko, nad łanami żyta.


W uszach skrzatom zaświszczało, zahuczało w głowie
a na dole gdzieś zostały; wioska i druhowie.

Coraz wyżej chrząszcz wzlatuje, jest już ponad lasem.
Antoś zadrżał, płacz hamuje..., też boi się czasem.

Lecz skrzat miły, już za rękę bierze dzielne dziecię
patrz Antosiu, nasza wioska, najpiękniejsza w świecie.

Góry, lasy, łany zboża, połoniny, sady.
Najpiękniejsze w świecie polskie, przecież są ogrody.

Tam na wzgórzu piękny zamek, niżej twoja szkoła
a na drodze stoi pani i na kogoś woła...

Antoś spojrzał w dół - o Boże! Ta pani..., to mama...
biega wkoło, głośno krzyczy, szuka synka sama...

O, niedobry chłopiec ze mnie - naraziłem mamę
na kłopoty i zmartwienie, lećmy w tamtą stronę.

Mistrzu skrzacie - wybacz proszę, lecz lądujmy tutaj
bo do mamy zaraz muszę biec..., o nic nie pytaj.

Skrzat jak wiecie był mądrala i niejedno widział,
w lot zrozumiał lament matki: "gdzie się Antoś podział...?"

Biedroneczce więc do ucha szepcze słówek kilka
i na liściu słonecznika, siada kropa wielka.

Tosiek grzecznie zsiadł z biedronki, - bardzo wam dziękuję!
lecz zrobiłem coś głupiego, mamę oszukuję...

Najważniejsze chłopcze miły, mentor odpowiada,
ze masz w sobie dosyć siły, do błędu się przyznać.

Pij na zdrowie nektar z róży i rośnij wysoko,
zapraszamy do podróży, świat nasz niedaleko.

Kiedy zechcesz nas odwiedzić, wybierz czas dokładniej.
Tak by mama mogła wiedzieć, że bawisz się ładnie.

Bo w to, że my tu żyjemy - pewnie nie uwierzy,
lecz jeśli nie spróbujemy, nie będziemy szczerzy.

Spróbuj mamie opowiedzieć o leśnych krasnalach,
a być może ci zaufa i wybaczy zaraz?

A gdy wrócisz, to opowiesz wszystko nam dokładnie.
Przeproś mamę, a na przyszłość zachowuj się ładnie.

Antoś słodki nektar pije, żegnać się przymierza...
nagle w górę się podnosi... znów w cud nie dowierza.

Bądźcie zdrowi przyjaciele, biegnę do mamusi
w wolnej chwili was odwiedzę, podróż aż się prosi.


Znów z biedronką pofruniemy nad lasy, nad gaje
wcześniej trawy przeszukamy za tym, co w niech staje.

Mama Antka zobaczyła, łzy ociera gęste
i choć złości w mamie siła, wyciąga doń ręce.

Antoś, tuli się radośnie do mamy fartucha
a nad uchem, jakoś śmiesznie - brzęczy wielka mucha.

To nie mucha, to biedronka - chłopiec się odwrócił,
puścił oko do krasnala, szczęśliwy że wrócił.

Wszyscy teraz, razem z Tośkiem grzecznie się myjemy.
Przytulamy mocno tatę, mamę całujemy.

W nocnych snach, Antoś z biedronką, oraz krasnalkami
przyjdą do was z nową bajką, no... i z przygodami.

Szybko oczka zamykamy, jutro dzionek nowy
pewnie znów się zobaczymy, szukając przygody.

Kiedy rano już wstaniecie i słonko zaświeci,
to pójdziemy wraz z biedronką, szukać leśnych dzieci.

cdn.......







































Dzieci c.d...

Troszeczkę się powielę, ale koniecznie chcę dotrzeć do Was. Chcę żebyście zrozumieli istotę mojego przesłania. Tak więc jeszcze raz to powtórzę.
Dzieci, to nieskażone dobro, które dostajemy.., tak po prostu. Co robimy, aby zachować w naszych dzieciach tą nieskazitelność?
 One płaczą, bronią się - a my z perfidnością, na którą stać tylko człowieka, wtłaczamy je w najwymyślniejsze narzędzia tortur ziemskich i zmuszamy do przyjęcia twardych reguł tu panujących. Wiem, że wcześniej czy później muszą te reguły przyjąć, ale dlaczego tak wcześnie? Czy nie za wcześnie zaczynamy zabijać ich osobowość?
Czy ktoś kiedyś tak naprawdę zastanawiał się, co dzieci mają nam do powiedzenia, a może do przekazania?
Czy ktoś z Was kiedyś, tak naprawdę słuchał dzieci i próbował je zrozumieć?
Czy kiedy dziecko mówi: nie chcę tego, nie jestem głodny, nie lubię tego robić, nie chcę tak się zachowywać, nie podoba mi się to, chcę żeby było inaczej - słuchacie go?  Nie!
Uważacie, że to wy jesteście najmądrzejsi. Na dziecko zaś, zawsze znajdzie się jakiś bat, który siłą zmusi je do posłuszeństwa.
Czy zastanawialiście się nad tym, że to małe stworzenie ma jeszcze bardzo dobry kontakt ze swoją podświadomością i to właśnie ono (a nie ty), lepiej wie co dla niego dobre?
Gdybyście przez chwilę spokojnie przeanalizowali jego racje, zaczęlibyście je słuchać, szanować a może nawet pytać co dla was może być dobre...?
Gdyby, gdybyście, gdybyśmy np. mieli czas...
No, ale cóż. Tego towaru kupić nie można.
Żyjmy więc szybciej, głupiej, chaotyczniej a wszystko co zdobędziemy, na pewno zamieni się w proch. Ludzkość też!
Spotkałam kiedyś na ławeczce, ośmioletnią dziewczynkę z wypasionym telefonem. Dziecko nie bawiło się z koleżeństwem, tylko uporczywie wpatrywało się w ciemny ekran.
 Podeszłam bliżej i zapytałam: dlaczego się nie bawisz i jesteś taka smutna, czy coś się stało?
Dziewczynka nie podnosząc główki odpowiedziała: nie..., czekam tylko jak mamusia zadzwoni...
A czemu ty nie zadzwonisz do mamusi - zapytałam?
Bo moja mamusia ma ważną pracę i nie mogę jej przeszkadzać. Rodzice kupili mi najnowszy model telefonu, bo powiedzieli, że jestem już prawie dorosła, a z takim telefonem na pewno sobie poradzę...
W tym momencie ogarnęłam mnie tak straszna wściekłość, że dziękować Bogu, że nie było w pobliżu rodziców tego biednego dziecka ani też ich nie znałam, bo chyba byłoby bardzo nieprzyjemnie.
Po powrocie do domu, temat tak bardzo mnie nurtował, że moją złość przelałam na papier.

                                                       BOGATE NIEBOŻĘTA

  Małe niebożęta
  błądzące w oceanie zimnych zabawek...
  Czy ktoś im pomoże?

- Samochód...? a może...
  transformers...?
- Masz dziecko..., hmm...
- To co jeszcze chciałbyś...?
- bo lego już wszystko kupione...
- Tak tato...,
  lecz jest nie złożone...
  bo nie ma nikogo, kto mógłby
  mi pomóc coś z tego ułożyć.
- Ach synku, masz przecież gazetki...
  wystarczy wraz z nimi je złożyć!
- Tak tato...
  jak zwykle masz rację...
- Czy dzisiaj pójdziemy na spacer?
- No..., dzisiaj niestety nie mogę...
  lecz jutro..., pod zastaw dam głowę!
  Poczekaj kochanie, ja przecież
  mam dziesięć minutek dla dwojga,
  że ciężko pracuję - to wiecie...
  więc idę do Kasi - aloha!
- Córeńko kochana - co robisz?
- Czekałam na ciebie tatusiu.
- Kasieńko, ty znowu się garbisz!
- Taak..., kiedy wróci mamusia?
- Wieczorem!
- A teraz mi powiedz,
  co dzisiaj chcesz dostać od taty?
- Spacerek...? a może...
  raz jeszcze mnie odwiedź...?
- Ach, jakiś ty bąbel fochaty...!
  A może kupimy koniki...?
  lub domek dla lalek, łóżeczko...?
  lub lego, lub złoty pierścionek,
  no..., co chcesz najdroższa córeczko?
- Tak tato...
  jak zwykle masz rację!
  Dziękuję, mam wszystko!
- Wspaniale!
  To..., bawcie się dzieci cichutko,
  ja będę pracował wytrwale.
  Bo wiecie dzieciątka kochane,
  że dla was tak ciężko pracuję.
  Jesteście pieszczone, chuchane
  i w życiu wam nic nie brakuje.
  Mamusia pracuje dzień cały,
  ja czas wolny w pieniądz zamieniam...
  A po co? - żebyście wy miały,
  za wszystkim się ciągle uganiam.
  To tyle...
  straciłem już kwadrans.
  Doceńcie czasami co macie.
  Mieszkanie, ubrania, zabawki,
  samochód i biedy nie znacie.
- Tak tato...
  jak zwykle masz rację.
  Jaś rzeknie spokojnie, stanowczo.
  Zrobiliście z nas dekorację,
  w życiowym sosiku na ostro!
  Czy kiedyś tatusiu kochany,
  dotarło do mądrej twej głowy,
  że oprócz - czy portfel wypchany,
  masz jeszcze dwie żywe istoty!
  Że zamiast dwie tony plastiku,
  kretyńskich potworków i lalek,
  my chcemy ciepłego dotyku,
  najprostszych, człowieczych normalek.
  Nie chcemy być ciągle więzieni,
  bez ciebie, bez mamy, bez życia.
  I cóż, że tak dobrze karmieni...?
  Dążycie do dzieci wyzbycia.
  Wystarczy nam zwykłe mieszkanie.
  Jedzenie wymyślne...? - a po co?
  W zabawkach radości szukanie
  i mokre poduszki, gdy nocą
  z tęsknoty za wami płaczemy!?
  Nie wiecie co w życiu nas boli?
  To pustka!
  Tak żyć już nie chcemy!
  Samotni, z burgerem bez soli.

  Zabiegani, nieuchwytni rodzice.
  Pogubiliście swoje pociechy.
  Najwspanialsi dla nas dobrodzice,
  zaprowadźcie nas czasem pod strzechy...
  Wyciągnijcie nas z morza zabawek,
  dajcie miłość i radość przyrody.
  Wreszcie nieba niech ujrzę choć skrawek,
  w lesie poznam rozkoszne przygody.
  Gdy weźmiecie nas wreszcie za ręce
  i wyjdziemy z przeklętych salonów,
  gdy siądziemy weseli na łące
- to początek prawdziwych przedplonów.

  Wróćcie do nas!
  Mamusiu! tatusiu!
  Nigdy więcej nie chcę błądzić w ciemnościach.
  Dajcie to...
  czego szczerze pragniemy.
  Was!
  W naszych wspólnych, rodzinnych radościach.

Kochajcie i szanujcie swoje dzieci. Szanując je, szanujecie siebie.
Oni wam kiedyś wszystko oddadzą. Pamiętajcie o tym!






Dzieci moje

Dzień Dziecka, to jedno z najpiękniejszych Świąt w roku. Chociaż nie do wszystkich to dociera, dzieci są najpiękniejszą częścią naszego świata. Są czyste, wrażliwe, delikatne, bezbronne, uczuciowe a co najważniejsze jest w nich jeszcze ta iskra Boża, którą przynosimy na ten świat z innego wymiaru. Dopóki cywilizacja ludzka nie zabije w człowieku tej wartości, każda istota jest krystalicznie czysta i mądra. Później jesteśmy już tylko powieleniem narzuconych przez otoczenie funkcji. Są oczywiście jednostki, w których ta moc z zaświatów jest tak silna, że nie pozwalają się zniekształcić. Ale to niestety bardzo nieliczne osoby, które przez nieprzystosowanie nie są ani rozumiane, ani akceptowane przez otoczenie. Bardzo często też kończą tragicznie.                                                     Ja należę do wielkich szczęśliwców i bogaczy tego świata. Bóg obdarzył mnie czwórką dzieci i jest to największe szczęście i bogactwo jakie możemy na tej ziemi posiadać.
Chociaż nieraz było bardzo ciężko, jeden uśmiech dziecka rekompensował zmęczenie.
To dzieci moje, pozwoliły mi wreszcie zapomnieć o tragedii jaka spotkała mnie i moje rodzeństwo.
To dzieci moje, pokazały mi , że życie toczy się dalej i jest przecież takie piękne.
To dzieci moje, dały mi nowe życie. Kocham Was skarby najbardziej na świecie!

                                                               DZIECI MOJE

Dzieci moje...
radości największa.
Dzieci moje...
miłości najświętsza.
Dzieci moje...
spełnione marzenia.
Dzieci moje...
przesłanie tworzenia.

Gdy życie brutalnie raniło mnie w serce,
Bóg zsyłał mi życie... i już po rozterce.
Gdy świat się przechylał i w przepasć spadałam,
Bóg zsyłał mi  życie..., już strachu nie znałam.
Gdy ludzie źli chcieli na twarz mnie powalić,
Bóg zsyłał mi życie, znów mogłam Go chwalić.
Gdy w końcu złe moce nad głową zawisły,
Bóg zesłał mi życie, to cud oczywisty.

Te życia dawały mi siłę przetrwania,
a serce wciąż rosło z miłości, z kochania.
Potężna i mocna, jak Goliat się stałam.
Już żadnych problemów życiowych nie miałam.
Ciernistą ścieżynę, Bóg w trasę zamienił.
Pozbierał z niej kłody i kupy kamieni.
Po takiej to drodze, szczęśliwie choć biednie
przeszliśmy część życia, co najmniej swobodnie.

Dziękuję Ci Boże za cudy stworzenia.
Dziękuję Ci Boże, za moje istnienia.
Dziękuję Wam dzieci, że do mnie przyszłyście,
że wspólnie żyjemy
za to, że jesteście!
Kraków 28.05.2016